Poniedziałek 28 września
Godzina 7.15 – odjazd sprzed hotelu „Aramis”. Unikamy na szczęście korków, podróż przebiega bez zakłóceń. Dłuższy popas w stylowej karczmie „Bida” (na południe od Lublina), gdzie naprędce zamawiamy lekki posiłek. Podczas jazdy śpiewamy pieśni, odmawiamy koronkę i różaniec, słuchamy objaśnień naszej pilotki, Grażyny.
Przymusowy postój na granicy w Dorohusku z powodu rzekomego wykroczenia: polski przewoźnik nie ma prawa na Ukrainie przewozić cudzoziemców! Ukraiński strażnik powoływał się na fikcyjny paragraf, co było ewidentną szykaną. Na szczęście po 2 godzinach ustąpił i mogliśmy ruszyć dalej.
Grazyna opowiada o dziejach tej ziemi, tak silnie związanej z dawną Rzeczpospolitą. Rozpoczyna się dla nas wielka LEKCJA HISTORII. Włodzimierz Wołyński – pierwsza wzmianka pochodzi z 998 roku! Wraz z ziemią wołyńską należał do książąt ruskich, przejęty w XIV wieku przez Księstwo Litewskie, po unii lubeskiej w granicach Korony.Przed wojną mieścił się tu garnizon artylerii RP.
Zwiedzamy piękną cerkiew prawosławną z niezwykłą akustyką i kościół farny pw. św. Joachima i Anny. Parafia katolicka liczy tu zaledwie niecałe 100 osob.
Dramatyczne losy wołyńskich miast podzieliła również ziemia: podczas II wojny światowej Niemcy stąd wagonami wywozili do Rzeszy czarnoziem, a po wojnie sowieckie kołchozy dokonały reszty. Wzdłuż szosy gęsty szpaler drzew i krzaków posadzonych po to, aby to, co się dzieje na polach nie było widoczne z drogi. Mijamy smętne poletka kukurydzy, kwitnącego rzepaku (!), nieużytki. Gdzież pola sławnej niegdyś pszenicy? Na poboczu czekają na chętnych kawony i dynie. Zabudowania szare, biedne – jak na PRL-owskiej prowincji pół wieku temu.
Zatrzymujemy się w Łucku – jednej z najstarszych osad Wołynia z X wieku , niegdyś była to rezydencja Księcia Witolda, stryjecznego brata Władysława Jagiełły. To tu odbył się w 1429 wielki zjazd monarchów. Łuck był stolicą Księstwa Wołyńskiego, po przyłączeniu do Korony pozostał stolicą wołyńskiego województwa. W czasie wojen kozackich miasto podupadło.
Zwiedzamy twierdzę Lubarta, której początki sięgają X wieku, kiedy to drewniany zamek bronił przed Tatarami, od XIV wieku była już murowana twierdza, największa na Wołyniu, w budowie której brał udział sam Wielki Książę Witold. Położona na wzgórzu, jej trzy potężne baszty przetrwały nienaruszone. Oglądamy średniowieczne machiny oblężnicze i XVI-wieczne armaty; zaglądamy do Muzeum Druku itd.
Następnie zwiedzamy piękny pojezuicki kościół katedralny z XVII w. pw.św. Piotra i Pawła, który za czasów sowieckich służył jako muzeum ateizmu! Natomiast piękny barokowy XVIII wieczny kościół i klasztor bernardynów Rosjanie po upadku powstania styczniowego oddali prawosławnej cerkwi.
Ruszamy w drogę, zbliżamy się do Krzemieńca, rodzinnego miasta Juliusza Słowackiego, za którym tęsknił przez całe życie. Odczytane zostają przez niżej podpisaną wybrane fragmenty z poematu „Godzina myśli” i z „Króla-Ducha” poświęcone temu magicznemu miejscu.
Położone w malowniczej dolinie miasto skutecznie odpierało ataki nieprzyjacielskie Tatarów. Podobnie jak ziemia wołyńska zmieniało swych właścicieli. W 1533 r. Zygmunt Stary oddał Krzemieniec wraz z zamkiem swemu nieślubnemu synowi biskupowi Januszowi, a trzy lata później przejęła go Bona. Jej to imieniem nazwana została góra zamkowa, u stóp której leży miasto.W 1648 r. podczas wojny kozackiej zamek został zdobyty, miasto podupadło. Od 1805 r. rozpoczyna się rozkwit Krzemieńca.
Wieczorem w kościele pw. św.Stanisława odprawiona zostaje Msza przy akompaniamencie gitary i śpiewu Agnieszki. Przyjazd do hotelu i późna obiado-kolacja.
|
|
|
Wtorek 29 września
Pochmurny, mglisty ranek, mżawka. Parę osób zaspało i nie stawiło się w kościele św. Stanisława na poranną mszę, którą ojciec Wiesław odprawił m in w intencji tysięcy pomordowanych w tzw. „masakrze wołyńskiej”. Niespodzianką dla nas były tym razem organy i sopran.
Po mszy zbliżyliśmy się do pięknej i sugestywnej płaskorzeźby przedstawiającej Słowackiego, opatrzonej cytatem: Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei. Jakże aktualnie brzmiały te słowa przez cały wiek XX.
Jeszcze tylko dodać należy, że wykonał ją w stulecie urodzin poety Władysław Szymanowski (twórca pomnika Chopina w Łazienkach) a przyjechała do krzemienieckiego kościoła z Paryża w skrzyniach opatrzonych napisem „maszyny rolnicze” dla zmylenia carskich władz, bowiem Słowacki był na indeksie. Inną ciekawostką jest fakt, że po II wojnie wytłumaczono Rosjanom, że rzeźba ta przedstawia „zamyślonego rewolucjonistę” i dzięki temu udało jej się przetrwać do naszych czasów.
A tymczasem mgła się podniosła i naszym oczom ukazało się szare, senne miasteczko. Góra Bony w pełnej krasie, na murach zamku widoczny napis KOCHAM CIE po ukrainsku. W hotelu czeka na nas śniadanie ukrainskie z naleśnikami z mięsem i kaszą gryczaną.
Zwiedzamy słynne Liceum Krzemienieckie, od którego założenia w 1805 roku datuje się ponowny rozkwit miasta i sława „Aten Wołyńskich”. Po upadku powstania listopadowego Rosjanie uczelnię zlikwidowali, a zbiory jej wywieźli do Kijowa, gdzie powstał uniwersytet.
Niestety około 80% zabudowy Krzemieńca legło w gruzach podczas niemieckiego bombardowania, ale budynki Liceum wraz z przylegającym doń kościołem cudem ocalały!
Zwiedzamy legendarne Liceum, obecnie mieści się tu Wyższa Szkoła Pedagogiczna imienia T. Szewczenki. Przy wejściu tablica poświęcona założycielowi Liceum, Tadeuszowi Czackiemu; pozostały tylko daty życia, reszta została zatarta. Sciany biblioteki uczelni zdobią portrety Słowackiego, który ma tu swój „kącik”, oraz Czackiego i paru innych mężów nauki.
Mijamy dawny kościół jezuitów, który w czasach sowieckich służył jako boisko sportowe, obecnie jest to cerkiew. Tyły kompleksu „licealnego” oszpeca niestety brzydki pawilon, w którym mieści się hala sportow. Idziemy do miejsca, gdzie dawniej stał dworek, w którym przyszedł na świat Słowacki. Tylko tablica upamiętnia to miejsce. Nieco dalej, w dworku nabytym przez ojca poety, Euzebiusza Słowackiego, urządzone jest staraniem polskich władz muzeum. Sale jego urządzone są tematycznie i ilustrują kolejne etapy w życiu autora „Króla-Ducha”: mamy tu salę „Krzemieniec”, „Wilno”, „Warszawa”, „Paryż”.Z wielkim pietyzmem odtworzono „Salon Salomei”.
Na zewnątrz, u stóp pomnika Słowackiego (dluta ukraińskiego rzeźbiarza W. Borodaja) właśnie składa wieniec wycieczka licealistów z Warszawy.
Jedziemy potem na Górę Bony - bardzo stromo, serpentyny, ale dla naszych dzielnych kierowców to fraszka. Na górze dowiadujemy się, że za kilkuletniej „kadencji” strażnika parkingu jest to DRUGI autobus, który tam dojechał! Z dawnej twierdzy pozostało parę baszt i resztki murów, które oglądane z dołu sprawiają wrażenie potężniejszych i mniej zniszczonych.Roztacza się stamtąd wspaniały widok na Krzemieniec. Słowacki jako chłopiec i młodzieniec często to miejsce odwiedzał.
Ławra Poczajowska. Trudno opisać ją słowami, robi kolosalne wrażenie. Widoczna z odległości kilku kilometrów, błyszczy złoconymi kopułami. My panie, zwiedzałyśmy ją w obligatoryjnych chustkach na głowie, przepasane długimi czarnymi zapaskami, tylko Agnieszce się udało, nasunęła kaszkiet na oczy i udawała mężczyznę. Oprowadzał nas młody seminarzysta – oto po krótce historia tego niezwykłego miejsca: ławra po grecku ulica, przejście, w prawosławiu rząd cel zakonników, z czasem nazwano tak najważniejsze monastery. W 1240 r. objawiła się tu pustelnikom i pasterzom w płonącym krzewie Matka Boska, pozostawiając ślad stopy na skale, spod której wytrysnęło cudowne źródełko.
Stało się to początkiem cudów. W miejscu tym stanęła murowana cerkiew pw. Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny (c.Uspieńska).W 1597 r. trafiła do niej słynąca cudami ikona Maryi Panny, która w 1675 roku uratowała klasztor przed oblegającymi Turkami. Klasztorowi do dziś patronuje św.Jow, którego uważa się za założyciela monasteru.
Na początku XVIII w. klasztor przejęli uniccy bazylianie. Fundatorem barokowego Uspieńskiego soboru i przylegających budynków był Mikołaj Potocki, dzięki niemu ikona Matki Boskiej Poczajowskiej doczekała się koronacji przez papieża Klemensa XIV. Po upadku powstania listopadowego car odebrał Ławrę unitom i do klasztoru powrócili prawosławni mnisi.
Po rewolucji 1917 r. Poczajów stał się na krótko miejscem walk pomiędzy Ukraińcami a bolszewikami, bo już w 1919 r. znalazł się wraz z ziemią wołyńską w granicach Rzeczypospolitej. Po 1939 roku rozpoczęły się represje, zabroniono przyjmować nowych mnichów. Otwarto tu Muzeum ateizmu, a Dom Pielgrzyma posłużył jako szpital wariatów.
Dziś znowu możemy podziwiać to, co przekazała nam gorąca wiara i sztuka dawnych wieków: zapierający dech wystrój Cerkwi Zaśnięcia NMP z pięknymi ikonami i freskami, Cerkiew Pieczarną - miejsce pochówku św. Jowa, oraz piękne wnętrze cerkwi Swiętej Trójcy. W dawnym refektarzu otwarto bar szybkiej obslugi, mamy czas na posiłek. Potrawy skromne, bardzo tanie. Sprawna organizacja, mimo tłumów nie czekamy. W kasie zauważamy liczydła – coś takiego widziałam w Suwałkach 50 lat temu.
Ostatnim punktem programu na ten dzień był Zbaraż – i znów kolejna lekcja historii. Forteca ta, znana nam z kart „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza, jest przykładem obronnej rezydencji magnackiej. Właściciele: bracia Krzysztof i Jan Zbarascy częściowo wykorzystali projekt autorstwa włoskiego architekta Scamozziego wprowadzając do niego wiele innowacji. Po bezpotomnej śmierci Zbaraskich fortecę przejął spokrewniony z nimi ród Wiśniowieckich.
W 1649 r. podczas krwawego powstania kozackiego stał się Zbaraż symbolem bohaterskiej obrony, kiedy to dwudziestotysięczna załoga wytrzymała dwumiesięczne oblężenie i szturm kilkakrotnie liczniejszej armii kozackiej i Tatarów. W poł. XIX wieku zaczął zamek podupadać. Podczas I wojny został częściowo zburzony. W 1932 r przystąpiono do odbudowy zamku. Kolejną renowację przeprowadzono w latach 60., aby służył jako muzeum.
A teraz przewodniczka Natasza z entuzjazmem oprowadza nas po „naszym zamku”, co w ustach Ukrainki zabrzmiało dość dziwnie. Opowiada historię zamku, oprowadza po jego salach. Jedna z nich zawiera portrety Zbaraskich i Wiśniowieckich, popiersia i portrety kozackich bohaterów: Chmielnickiego, Krzywonosa i Bohuna, w kolejnej sali wiszą wczesne podobizny królów polskich (podobno z wiernie oddanym Jagiełłą i Barbarą Radziwiłłówną) inna zawiera zbiory etnograficzne, ukraińskie hafty, stroje ludowe, wyprawne skrzynie itp. W jeszcze innej dominuje archeologia: wszelkiego typu znaleziska świadczące o bardzo starym osadnictwie na Wołyniu. W jednej z ostatnich sal bardziej wytrwali z naszej grupy obejrzeli jeszcze piękną wystawę drewnianych rzeźb zmarłego niedawno ukraińskiego artysty Wołodymira Łupiszki. Panów niewątpliwie zainteresowało muzeum broni w kazamatach.
Zmęczeni nadmiarem wrażeń dobijamy późnym wieczorem do megahotelu „Galiczyna” w Tarnopolu na obiado-kolację.
|
|
|
Środa 30 września
Po sutym śniadaniu zaopatrzeni w kanapki ruszamy w drogę. Mijamy stojący przy szosie kościół funkcjonujący jako przetwórnia owoców. Dużo ciężarówek pełnych jabłek czeka w kolejce.
Celem dzisiaj jest najważniejsza twierdza Rzeczypospolitej – legendarny Kamieniec Podolski. W ciągu stuleci stanowił obok Chocimia „przedmurze chrześcijaństwa” Nazwa Kamieniec pojawia się w kronikach armeńskich już na początku XI wieku. W XIII w. gród należał do Rusi Kijowskiej, a później do Księstwa Halicko-Wołyńskiego. W 1335 został zdobyty przez Kazimierza Wielkiego. Swój świetny rozwój zawdzięczał położeniu na szlaku handlowym z południa na północ, a lokowanie na prawie magdeburskim dawało mu prawo składu. Wielokrotnie odpierał ataki Tatarów, Wołochów i Litwinów. W 1432 został wcielony do Korony, jego mieszkańcami byli Polacy, Rusini i Ormianie.
W 1 poł. XVI wieku, za Zygmunta Starego dokonano gruntownej modernizacji twierdzy. Zbudowano nowe baszty, a w latach dwudziestych XVII w. doszła jeszcze fortyfikacja bastionowa dostosowana do użycia artylerii. Położenie na opadającej pionowo skale nad rzekłą Smotrycz czyniło z niego twierdzę nie do zdobycia.aż do fatalnego roku 1672, kiedy Kamieniec oblężomy przez 150-tysięczną armię turecką po 3 tygodniach skapitulował. Część twierdzy została wysadzona, według Sienkiewicza dokonał tego dzielny Michał Wołodyjowski. Przez 27 lat Kamieniec był pod rządami tureckimi, w 1699 r. na mocy traktatu karłowickiego powrócił do Rzeczypospolitej, ale już nie odzyskał dawnej świetności.
Po II rozbiorze wcielony do Rosji był stolicą Podolskiej Guberni. Twierdza służyła odtąd jako więzienie.Od 1937 roku w twierdzy znajduje się muzeum, baszty zostały pieczołowicie odbudowane i miejsce to, jak zresztą całe miasto, jest dzisiaj prawdziwą atrakcją turystyczną.
Oprowadza nas po nim Rusłan (pół Ukrainiec pół Polak). Po mszy w kościele podominikańskim (odbudowanym po ruinie, przez 27 lat był tu meczet, po powstaniu styczniowym zniszczyli go Rosjanie) zwiedzamy gotycką katedrę św.Piotra i Pawła, która też służyła jako meczet. Do dzisiejszego dnia stoi tu pamiątka po Turkach: wysoki minaret, którego półksiężyc wieńczy figura Maryi.
Rusłan oprowadza nas po twierdzy, wieje przejmująco zimny wiatr. Podziwiamy jej wyjątkowe położenie, widok jaki się z niej roztacza (kiedyś w polu widzenia była następna twierdza!) grubość murów (do 4 metrów), z dreszczem emocji schodzimy do lochów.
Ruszamy w drogę. Wkrótce ukazuje się naszym oczom najdalej wysunięta na południe twierdza kresowa – Chocim. Na skalnym cyplu nad Dniestrem wznosi swe potężne mury, baszty i wieże, znacznie mniejszy od Kamieńca, ale równie sławny.
Kto nią nie władał. Już we wczesnym średniowieczu stał tu gród warowny należący do Rusi Kijowskiej, w poł.XIII wieku stanęła tu twierdza murowana. Pod koniec XIV w. Chocim znalazł się w Księstwie Mołdawskim i z czasem uległ gruntownej przebudowie i modernizacji.
Od XVII w. kilkakrotnie zmieniał właściciela: należał do Rzeczypospolitej, Mołdawii, Turcji,by w 1807 roku przypaść Rosji. Chocim na trwałe związał się z historią Polski: w r.1621 kiedy to wojsko polskie pod dowództwem Chodkiewicza obroniło twierdzę przed dwukrotnie liczniejszą armią turecką i odparło wroga. W obronie brał udział wojewoda ruski Jakub Sobieski, którego syn pół wieku później (1673 r.) w tym samym miejscu odniósł spektakularne zwycięstwo niszcząc armię turecką.
Twierdza zachowała się w dobrym stanie – w XIX w. stacjonował w niej rosyjski garnizon, z tego też czasu pochodzi stojąca na przedpolu okazała cerkiew – zachowały się też imponujące szańce ziemne z czasów wojen z Turkami, co czyni ten zabytek jeszcze bardziej interesującym. Natomiast z Okopów św. Trójcy (to tu Z. Krasiński umieścił akcję „Nieboskiej komedii”) pozostały smętne resztki, a kościół znajduje się w ruinie.
Rozległe przestrzenie oglądane z okien autobusu przypominają nam Dzikie Pola z kart „Trylogii”. Dla wywołania nastroju przypomniane zostaną opisy stepów z poematów „Beniowski” i „Wacław” Słowackiego.
Powrót do Tarnopola o 21.30, w sali restauracyjnej czeka nas miła niespodzianka: pojawiają się ubrane na ludowo dwie młodziutkie uczennice Szkoły Muzycznej i do spóźnionej kolacji przygrywają nam na bandurze – narodowym ukraińskim instrumencie muzycznym, którego piękne brzmienie wraz z pięknym wokalnym wykonaniem nastrojowych melodyjnych pieśni ukraińskich (jakże innych od znanych nam „czastuszek”) wszystkich nas wprawiło w niekłamany zachwyt! A jeszcze gdy po polsku zaśpiewały „Hej, sokoły”. Myślę, że klimat tego wieczoru na długo zostanie w pamięci wszystkich słuchaczy. Panienki przyszły w asyście swego profesora, który okazał się istnym wirtuozem akordeonu. Zagrał dla nas parę koncertowych utworów, m.in. „Zimę” z „Czterech pór roku” Vivaldiego. Fantastyczne!!!
Koncert trwał ponad godzinę i w związku z tym otrzymaliśmy dyspensę na trochę dłuższe spanie następnego dnia. Zaczęto szeptać po kątach, że wszystko odbyło się w związku z urodzinami naszej pani Grażyny.
|
|
|
Czwartek 1 października
Przy załadowywaniu bagażu dowiadujemy się, że autokar ma awarię, na szczęście nasi dzielni kierowcy zdołali w ciągu kwadransa się z nią uporać! Opuszczamy Tarnopol, ale przedtem jeszcze rzut oka na miasto. Założone w 1 poł. XVI wieku przez Jana Tarnowskiego, zmieniało z biegiem lat swych właścicieli, do których należały najbardziej znane rody magnackie: Zamojskich, Koniecpolskich, Potockich. Obecnie jest to nowoczesne miasto o szerokich ulicach, niewiele zabytków przetrwało do dnia dzisiejszego. Zamek - jak wszystkie kresowe zamki-twierdze burzliwą miał historię, odpierał ataki Tatarów, zdobyty przez kozaków Chmielnickiego, spalony przez Turków. Przerabiany na nowoczesną rezydencję, na koszary, siedzibę władz miejskich. W pobliżu stoi obronna cerkiew Swiętego Krzyża z XIV w. oraz piękny barokowy kościół podominikański z XVIII w., obecnie cerkiew unicka, z piękną ikoną Matki Boskiej Tarnopolskiej. Mijamy teatr o eleganckiej fasadzie w stylu empire, od czasu do czasu trafia się jakaś kamieniczka lub grupa kamienic z dawnej zabudowy.
Teraz jedziemy szlakiem „Ogniem i mieczem”, mijamy Zborów, przy drodze kurhan z kamiennym krzyżem upamiętnia miejsce podpisanie umowy z Chmielnickim w 1649 r.
Swiętujemy wczorajsze urodziny przewodniczki Grażyny mowami, odśpiewaniem „100 lat” i własną produkcją poetycką jednej z uczestniczek.
Złoczów - kiedyś należał do rodu Zborowskich i Sobieskich. Było tu największe w Rzeczypospolitej skupisko Ormian, którzy przywędrowali w te strony w XVI wieku, osiedliło się tu też wielu żydów. Nie pozostało po nich żadnego śladu.Celem naszym jest zamek - został on zbudowany jako twierdza i rezydencja przez Jakuba Sobieskiego, rozbudowę kontynuował jego syn Jan. Kolejnymi jego właścicielami byli Radziwiłłowie. W 1872 r. Austriacy przeznaczyli go na więzienie.
Ciemną kartę w jego historii stanowiły lata II wojny światowej, kiedy mieściło tu się więzienie NKWD, następnie Gestapo i ponownie NKWD! Sam zamek dzisiaj jest w opłakanym stanie, nie wpuszczono nas do niego – w drodze wyjątku pozwolono nam tylko rzucić okiem na ładnie odrestaurowany barokowy Pawilon Chiński i XVIII-wieczny pałac, w którym się od 1986 r. mieści muzeum – filia Lwowskiej Galerii Obrazów.
Idziemy wzdluż starych murów twierdzy, oglądamy fortyfikacje i bastiony jeszcze z czasów Jakuba Sobieskiego. Wracając do autokaru napotykamy wśród zieleni zniszczone pomniki – resztki dawnej świetności.
Podhorce – jedna z najwspanialszych magnackich rezydencji na zach. Ukrainie, popada w ruinę z powodu braku funduszy na kontynuowanie prac restauracyjnych!!! Pałac Podhorecki wzniesiony przez Stanisława Koniecpolskiego w 1633 r. według projektu włoskiego architekta Andrea dell’Aqua przyćmił wszystkie ówczesne magnackie rezydencje. Jego kolejnym właścicielem był królewicz Jakub Sobieski. Od 1720 r. stanowił własność Rzewuskich, którzy zgromadzili w nim bezcenną bibliotekę i zbiory sztuki. Ostatnimi właścicielami byli Sanguszkowie, którzy otworzyli tu prywatne muzeum. W 1939 r. część zbiorów wywieźli do Brazylii, część natomiast dostała się do Tarnowa. Pewien procent znajduje się we lwowskich muzeach.
Po wojnie urządzono w pałacu sanatorium dla chorych na gruźlicę dewastując wystrój. W 1956 r. pożar dokonał reszty zniszczenia! Część wystroju zachowała jedynie pałacowa kaplica. W jednej ze sal zachowały się niezwykle rzadkie odrzwia (z czarnego marmuru!) tylko dlatego, że zostały wcześniej zamurowane. Smutne to było zwiedzanie.
Ufundowana przez Rzewuskich kaplica–rotunda w stylu francuskiego rokoko służyła po wojnie jako zajezdnia dla traktorów!!! Wygląda na bardzo zniszczoną, ale służy znów celom religijnym - tym razem wspólnocie prawosławnej.
Ostatnia ze zwiedzanych przez nas twierdz kresowych to Olesko. Usytuowana na wzgórzu,z daleka widoczna robi wrażenie masywnej i potężnej. I ona związana jest z Sobieskimi. Już we wczesnym średniowieczu stał tu warowny gród książąt halicko-wołyńskich. W 1432 Władysław Jagiełło przyłączył je do Polski. Wojewoda ruski Jan Daniłowicz wzniósł tu w 1599 renesansowy murowany zamek – fortecę, w którym w 1629 r. przyszły król Polski przyszedł na świat. Później zamek podupadł. W 1682 r. Jan III nabył Olesko i przystąpił do jego odnowy.
Odrestaurowany zamek stał się jedną z jego ulubionych siedzib. Wszystkie komnaty otrzymały w nim nazwę zależnie od malowideł na ścianach. Zamek ten oddziedziczył królewicz Jakub, ale odsprzedał Rzewuskim, którzy jednak woleli Podhorce. Zamek powoli niszczał.
W przeddzień 250 rocznicy bitwy pod Wiedniem rozpoczęto intensywne prace konserwatorskie, które przerwała wojna. Od roku 1969 mieści się tu filia Lwowskiej Galerii Obrazów, zgromadzone tu dzieła pochodzą z różnych dworów, pałaców, kościołów i cerkwi. I tak kolegiata w Zółkwi na przykład bezskutecznie domaga się zwrotu obrazu Martino Altomonte ”Odsiecz Wiednia”.
Wieczorną jazdę autokarem urozmaicają nam homilie ojca Natana na dvd i włoski film o św. Ricie. Wieczorem dobijamy do Lwowa i udajemy się na mszę do kościoła pw. św.Antoniego przy ulicy Łyczakowskiej. Po mszy adoracja Najświętszego Sakramentu i różaniec. Dla wielu z nas było to ogromne przeżycie. Mimo późnej pory dużo ludzi z dziećmi, okazuje się, że przygotowują się one do pierwszej komunii. Nocleg (niezbyt udany z powodu głośnej dyskoteki) w nowoczesnym, dwukondygnacyjnym hotelu ”Galaktyka” w Winnikach pod Lwowem.
|
|
|
Piątek 2 października
”Chcesz szczęśliwym być, wróć do Lwowa” (z piosenki o Lwowie Mariana Hemara).
I rzeczywiście, chyba wszyscy czuliśmy się tego dnia szczęśliwi zwiedzając to piękne, magiczne miasto, oprowadzani przez uroczego gadułę Jakuba - istną kopalnię wiedzy i anegdot o Lwowie, który w dodatku mówił ”bałakiem”, tzn. przedwojennym lwowskim dialektem. A dzień to był szczególny dla Lwowa, gdyż właśnie przyjechała z wizytą pani premier Tymoszenko i część ulic była zamknięta dla ruchu, a na pozostałych panował nieopisany chaos.
Zaczęliśmy zwiedzanie Lwowa od Cmentarza Łyczakowskiego, na którym spoczywa tylu sławnych Polaków: M. Konopnicka, A. Grottger, Wł. Bełza (autor wierszyka Kto ty jesteś - Polak mały) G. Zapolska, S. Goszczyński, J. Ordon (ten od Reduty). Tysiące starych grobowców z niezwykle pięknymi i sugestywnymi pomnikami wśród bujnej zieleni.
Udając się na Cmentarz Orląt zatrzymujemy się chwilę przy grobach Strzelców Siczowych - ukraińskich oddziałów próbujących w 1918 r. siłą oderwać Lwów od Polski. Kilkadziesiąt metrów dalej leżą ich ofiary: ”lwowskie orlęta”, uczniowie, gimnazjaliści, studenci, którzy chwycili za broń w obronie Miasta. Trudno sobie wyobrazić, że jeszcze w 1989 r. Cmentarz Obrońców Lwowa był tak barbarzyńsko sprofanowany i zniszczony.W maju tego właśnie roku grupa pracowników ”Energopolu” w godzinach po pracy rozpoczęła prace nad odgruzowaniem terenu, a w czerwcu 2005 r. nastąpiło uroczyste otwarcie i poświęcenie zrekonstruowanego cmentarza w obecności prezydentów Polski i Ukrainy!
Złożyliśmy przywiezione kwiaty, zapaliliśmy znicze i odmówiliśmy modlitwę za zmarłych. Jeszcze chwila refleksji przy grobach, wpis do księgi w kaplicy, złożenie ofiary na opiekę nad grobami wojskowymi i powracamy do wesołej gawędy naszego przewodnika.
Następnym punktem programu było zwiedzanie XVIII-wiecznej grekokatolickiej Katedry Św. Jura. Ta wspaniała budowla w stylu rokoko – dzieło Włocha Bernardo Merettiniego - leży na wzgórzu i jest widoczna z daleka. Przechodzi się do niej przez parę rzeźbionych bram, jej falistą fasadę zdobią rzeźby słynnego artysty J. Pinsla. Wnętrze katedry zachwyca swoim pięknem i harmonią, zmusza niejako do religijnej kontemplacji.
Ruch stawał się coraz bardziej chaotyczny, co chwila staliśmy w korkach, czas nam sie jednak nie dłużył, bo umilał go nam nasz przewodnik, który znał chyba każdą kamienicę w mieście i jej dawnych mieszkańców (”tu się urodził Zb. Herbert, tam mieszkał St. Lem, tu się urodził W. Kilar, a tam J. Michotek” itd.)Nasi dzielni kierowcy Adam i Artur świetnie sobie radzili w tym motoryzacyjnym chaosie, tak że otrzymali od Jakuba zaszczytny tytuł ”batiarów” (w folklorze lwowskim batiar = ”chłopak ulicy”, spryciarz o złotym sercu.). Jakoś dotarliśmy do Wysokiego Zamku (po drodze wruszenie: to tu w tej kamienicy urodziła się i mieszkała moja Matka.) Część osób została w kawiarni, reszta dziarsko pomaszerowała trasą spacerową pod górę. Kiedyś na tym wzgórzu stał murowany zamek zbudowany przez Kazimierza Wielkiego, do dzisiaj zachowały się tylko fragmenty ściany. Wspinamy się jeszcze wyżej i wchodzimy na szczyt Kopca Unii Lubelskiej - usypanego przed 130 laty przez mieszkańców Lwowa - skąd się roztacza wspaniały widok na miasto.
Wracamy do śródmieścia i zwiedzamy klejnot architektury Lwowa: budynek Opery z 1900 r. projektu Z. Gorgolewskiego, mogący śmiało konkurować z Operą we Wiedniu czy w Paryżu. Już westybul ozdobiony różnokolorowym marmurem, malowidłami, płaskorzeźbami, złoconą ornamentyką przenosi nas w sferę sztuki. Podobnie jak salony na pierwszym piętrze: ”sala lustrzana”, czy sala z freskami przedstawiającymi sceny z najpopularniejszych polskich dramatów i oper. A widownia z malowanym plafonem i wspaniałym żyrandolem wręcz zapiera dech. Niestety nie udało nam się obejrzeć pięknej kurtyny dzieła H. Siemiradzkiego.
Półtora godziny czasu na posiłek w barze szybkiej obsługi i ciąg dalszy zwiedzania. Obchodzimy dookoła lwowski Rynek i podziwiamy renesansowe kamieniczki z bogatą ornamentyką – nie ma dwóch sobie podobnych! Wszystkie starannie odrestaurowane i na każdej niemal tabliczka ”Pamiątka architektury”. ”Kamienica Korniakta” z tzw. włoskim dziedzińcem (miniatura dziedzińca wawelskiego) która kiedyś należała do Sobieskich; Pałac Lubomirskich – pod zaborami siedziba austriackiego namiestnika; czy absolutny unikat tzw. Czarna kamienica – obecnie siedziba Muzeum Historycznego.Nasz cicerone snuje opowieść o każdej z nich i o ich sławnych mieszkańcach.
Udajemy się do jednego z najpiękniejszych lwowskich kościołów: barokowego kościoła Dominikanów z niezwykłą eliptyczną kopułą zdobną w filary i rzeźby. A pięknych rzeźb jest tu wyjątkowo dużo, tak jak i płaskorzeźb oraz płyt nagrobnych, (jedna dłuta B. Thorvaldsena!) tutaj też znajduje się pomnik nagrobny A. Grottgera.
Za czasów sowieckich w kościele tym otwarto ”muzeum ateizmu”, dzięki czemu wnętrze nie uległodewastacji. Zawieszone pod kopułą wahadło Faucaulta miało potwierdzać nieistnienie Boga! Kościół ten jest czynny obecnie jako cerkiew grekokatolicka, nie wprowadzono w nim jednak żadnych zmian.
Zwiedzamy jeden z najstarszych obiektów sakralnych Lwowa: Katedrę Ormiańską z 1363 r.! (Ormianie pojawili się na tych terenach już w XIII w.) W XV w. dobudowano do niej renesansową arkadę, później doszła część barokowa itd. Ornamentyka wnętrza nosi cechy ormiańskie, co stanowi o jej egzotyce. Uwagę naszą zwróciła piękna mozaika w sklepieniu kopuły dzieła J. Mehoffera oraz malowidła naścienne J. Rosena w stylu modernistycznym, który znakomicie harmonizuje z surową prostotą wnętrza. Na dziedzińcu w drewnianej grocie kaplicy ukrzyżowany Chrystus ( XVIII w.) Katedra ta po latach zamknięcia została poddana gruntownemu remontowi, już się w niej odbywają nabożeństwa, mimo że prace konserwatorskie jeszcze trwają.
Udajemy się na wieczorną mszę do Katedry Łacińskiej. Tuż obok niej znajduje się niezwykły zabytek: pośmiertna kaplica Boimów (od nazwiska mieszczańskiego rodu) wspaniałe dzieło późnego renesansu. Fasada kaplicy pokryta jest całkowicie kamiennymi rzeźbami i reliefami, przypomina ikonostas; również wnętrze, ołtarz i kasetonowy strop kopuły pokryte są płaskorzeźbami. Na szczycie, jak w przydrożnej kapliczce, figura Chrystusa Frasobliwego.
Na każdym kroku w tym mieście historia, pełna jest jej także Katedra Łacińska, której budowę rozpoczęto za Kazimierza Wielkiego, a zakończono 100 lat później. Gotyk harmonijnie łączy siętu z barokiem, bowiem w XVIII w. katedrę przebudowano, dodano jej wtedy wysoką wieżę z barokową kopułą. Sklepienia i ściany pokrywają piękne freski, witraże projektował sam J. Matejko.
To tu właśnie w r. 1656, u stóp głównego ołtarza, przed cudownym obrazem Matki Boskiej Łaskawej Jan Kazimierz składał śluby, ogłaszając Maryję Królową Korony Polskiej. To tutaj modlili się królowie i hetmani, a Jan III Sobieski dziękował za wiktorię wiedeńską.
Myślę, że Msza ta na każdym z nas wywarła wielkie wrażenie. Oprócz nas było nawet sporo osób - pierwszy piątek miesiąca!
Po kolacji dowiadujemy się, że kosztorys pielgrzymki już jest gotowy i nareszcie możemy dokonać wpłaty. W hotelowym westybulu do pani Grażyny ustawia się długa kolejka. Kolejna noc dyskotekowa, tym razem na naszą prośbę zmniejszono decybele.
|
|
|
Sobota 3 października
Poranna Msza w hotelowym westybulu z rozłożystymi filodondrenami w tle i przejmujące odczucie obecności Boga, nawet w tym kiczowatym hotelu, którego obsługa z ponurą miną co jakiś czas się pokazuje, ale nie przeszkadza - dyrekcja wydała zezwolenie. Goście hotelowi przystają zdumieni.
Po śniadaniu odjazd. W centrum Lwowa mamy półtorej godziny do własnej dyspozycji. Niektórzy wyruszają na zakupy, inni do słynnej kawiarni ”wiedeńskiej”. Niewielką grupką spacerujemy po Rynku, wstępujemy do księgarni a potem do kantyny krymskiej na wino. Na pobliskim targu wydajemy ostatnie hrywny i odjazd!
Przejeżdżamy przez Kulików – tu niegdys wypiekano słynny ”chlib kulikowski” uwieczniony w piosence. Zółkiew – to ostatnie miasto kresowe na naszej pielgrzymkowej trasie. Założona w końcu XVI w. przez hetmana Stanisława Zółkiewskiego, w 1603 r. otrzymała prawa miejskie. Wzorem był Zamość, i tutaj też mamy renesansowy ratusz i kamieniczki z podcieniami okalające Rynek.
Zamek obronny zbudowany przez Zółkiewskiego był jedną z ulubionych rezydencji Jana Sobieskiego. Niedawno odrestaurowany, wraz z całym odnowionym historycznym centrum od 1994 figuruje na na liście światowego dziedzictwa.
Kiedyś miasteczko to kwitło, w XIX w. przeprowadzono tędy linię kolejową do, Małopolski. Mieszkało tu dużo Zydów, po których pozostały tylko mury zniszczonej przez Niemców renesansowej synagogi.
Po wojnie zmieniono nazwę miasta na Nesterov (od nazwiska rosyjskiego pilota, który zginął w I wojnie światowej). Władze wolnej Ukrainy przywróciły dawną nazwę, w wersji ukraińskiej – Zhovkva. Zwiedzamy leżącą przy Rynku kolegiatę pw. św. Wawrzyńca, po której oprowadza nas proboszcz i opowiada jej historię. Ufundowana przez Zółkiewskiego, konsekrowana w 1623 r. - jest piękna! Po wojnie przez 43 lata używana była jako magazyn!!!
Pierwsza po latach Msza odprawiona została w październiku 1989 r. Prace restauratorskie trwają, największym problemem jest brak funduszy. A parafia niewielka, liczy około 100 osób. Akurat trafiliśmy na sprzątanie, ale to nam nie przeszkadza podziwiać piękne sklepienie, ołtarz główny i nagrobki St. i J. Zółkiewskich. Kupujemy pięknie wydany kalendarz na przyszły rok, dochód przeznaczony jest na odbudowę kolegiaty. Z tego samego czasu, co kolegiata pochodzi cerkiew oo.Bazylianów z niezwykle piękną polichromią.
Ruszamy dalej, jeszcze tylko Rawa Ruska z opuszczonym, zrujnowanym kościołem i już granica w Hrebennem. Godzina 14.50, zupełnie pusto, a jednak po polskiej stronie czekanie.Witaj Polsko! Pierwsze wrażenie: jak tu ładnie! Wszystkie domy odnowione, dużo nowych, zadbane ogrody, nawet zieleń wydaje się bardziej soczysta. A jaka szosa!!!
Mijamy tereny dawnego obozu koncentracyjnego w Bełżcu. Ostatnie już nasze wspólne modlitwy i różaniec. Pożegnalne mowy, podziękowanie ojcu Wiesławowi i pani Grażynie, której Jadzia Kurkus wręcza prezent; podziękowanie kierowcom za bezpieczną jazdę.I już żegnamy jedną z uczestniczek, która opuszcza nas przed Zamościem.
Zamość – pochodzi z 1580 r., nazwany od założyciela, kanclerza Jana Zamoyskiego, który powierzył budowę włoskiemu architektowi Bernardo Morando. Miało to być idealne miasto renesansowe z ratuszem na Rynku, kolegiatą, zamkiem i akademią, otoczone murem obronnym z fortecą. Powstało w rekordowo krótkim czasie - w 1600 r. było już w zasadzie gotowe. Było dobrze obwarowane, wytrzymało oblężenia wojsk tatarskich i kozackich, dopiero podczas wojny północnej splądrowali je Szwedzi. Po I rozbiorze Zamość przypadł Austrii, po 1815 r. znalazł się w imperium rosyjskim. Podczas II wojny światowej przemianowany na Himmlerstadt był ”stolicą” kolonizacji niemieckiej. Na szczęście uniknął zniszczeń. Od 1992 r. na liście światowego dziedzictwa.
Zwiedzamy to niezwykłe miasto oprowadzani przez panią Grażynę, która robi to bardzo dyskretnie, bowiem funkcja ta jest zastrzeżona wyłącznie dla miejscowych przewodników. Oglądamy kolegiatę, akademię, pałac ordynata, Ratusz, pyszniący się kolorami piękny Rynek. Wieczorem w karczmie ”Bida” pod Lublinem rzucamy się na jedzenie.
Do Warszawy zajeżdżamy tuż przed jedenastą, przed hotelem ”Aramis” pożegnalne uściski, ponieważ część z nas (łącznie z niżej podpisaną) nocuje na mieście.
Jak szybko minęło tych sześć wspólnie spędzonych dni, ile dostarczyło nam przeżyć i wrażeń! Myślę, że organizatorzy byli zadowoleni, bo w odróżnieniu od innych pielgrzymek nie było żadnych przypadków zatrucia, nagłych niedyspozycji, żadnych zwichnięć nogi, nikogo nie zabierało pogotowie i nikt nie pozostał w szpitalu.
Do zobaczenia na następnej pielgrzymce!!!
|
|
|
|
Tekst: Maria Płoszewska-Paulsson, foto: Agnieszka
Więcej zdjęć >>
|
|